Bieszczadzki stwór.

 Bieszczadzki stwór.

Bieszczady późną jesienią skrywają mrok, mgła otula całą przestrzeń jakby chciała ją wchłonąć, przeniknąć swoją wilgocią do szpiku kości, gdzieś tam w głębokiej głuszy nieopodal skraju oddzielającego gęste lasy świerkowe, pomiędzy granicą z polaną stała jakby wrośnięta w ziemię, w krajobraz, otoczenie, drewniana chata, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak chata Baby Jagi. Ledwo trzymająca się kupy i skleconych ze sobą desek dawała prowizoryczne wrażenie tego co za moment i chwile mógł zrobić z nią wiatr, o wichurze nie wspominając. I pomyśleć że potrafiła tak wytrwać wiele lat, długich dekad które pozostawiły po sobie ślady swego bytu, jak porośnięty dach gęstym mchem, nawet same deski stały się bardziej zgniło zielone, porośnięte dookoła gęstymi krzakami jakby chroniły jej obecność przed ludzką obecnością. A ci czasem wpadali zbłąkani jak to turyści szukający schronienia przed burzą, ulewą, lub ulegającymi miłosnym igraszkom. Nigdy to miejsce nie wzbudzało zaufania, bezpieczeństwo? raczej strach, pierwotny instynkt nakazywał brać nogi za pas, ale zawsze coś powstrzymywało... Każdy kto przypadkiem napotkał się na nie, raczej starał się je potem unikać bo odstręczało swoim wrogim wyglądem, jakby odpychało, zniechęcało dziką naturą którą to stworzył nie Bóg w przypływie obłąkańczego planu, ale człowiek, bo kiedyś ktoś musiał tutaj mieszkać, kiedyś, dawno temu, zapomniane miejsce przez Boga i ludzi, napawało z jednej strony strachem i respektem, z drugiej dawało schronienie dla dzikich zwierząt, zwłaszcza gryzoni. Gdzieś w oddali u schyłku dnia, pohukiwała sowa, złowieszczo dając znać o końcu mijającego dnia, jakby obwieszczała że czas jej nadchodzi. Szarość Bieszczad skrada mrok, i to co za nim się skrywa, tajemnice, bagna i fetor ukrytych w głębokich lasach zagadek. Ucieczka może być łaskawa od świata zewnętrznego, dla tych co pragną zmiany, choćby chwilowej, wytchnienia od zmęczenia dnia codziennego, wyzwań i mocnych wrażeń. Otwiera swoje podwoje, jeśli spojrzeć na nią pozytywnie, daje ukojenie pięknem przyrody, dzikością roślin, zwierząt i ptaków, odskocznią może być survival, ale jeśli chcesz ukryć prawdę pod postacią ofiary, zakopać głęboko w tej głuszy, staje się idealnym miejscem. A tym miejscem staje się dzika chata na uboczu lasu i polany. Bo tam nawet diabeł nie zagląda.

Poorany świat skrywający magię równoległą, pachnącą wilgocią i ściółką, ten świat zwierząt i chaty jakby wrósł w siebie z korzeniami jednocząc ten właściwy, zaakceptowany, skrywający cienie przeszłości, mchu który skrywa ślady, odchody, smród pleśni. Wszystko tutaj równoważy mgła jakby okrywała przed wilgocią i butwiejącymi leżącymi konarami, drzewostanem i jej peleryną, wachlarz doznań od napięć i energii. Wejdziesz raz i przepadasz bez wieści, jak bagna które wciągają by na końcu ulec zapomnieniu i zniszczeniu. Tutaj albo wytrwasz albo obrócisz się w proch, albo inni strawią cię jak ofiarę która znalazła się w niewłaściwym czasie o nie właściwej porze, ale tutaj w tej dziczy gdzie rzadko ludzka stopa przeciska się przez chaszcze i dzikie rejony, można ulec pokusie błogostanu. Ale to mrzonka, ułuda w którą chce się wierzyć i pokładać nadzieje. Ta przyroda, dzika i nie ujarzmiona, staje się obserwatorem jak ten ktoś kto czai się za gęstymi krzakami, jest czujny, sprytny, dziki, chytry jak lis, ma wyczulone zmysły które są jego oczami, uszami, nosem, jakby czekał, jakby skryty w gęstwinie pragnął dopaść bestię która ma się pojawić, a on stawi czoła, pokona, wtapiając się w otoczenie stanowi jedność, cierpliwie wypatruje, sokole oko celuje na chatę, tak wtopioną w otoczenie że prawie znika sama w sobie w zaroślach. Nagle coś innego przykuwa jego uwagę, jeden mały, ledwo dający się usłyszeć szelest, zdeptanej szyszki, gałązki. W tej ciszy ten odgłos jest niestabilny, odległy od leśnego pożycia, staje się wkradającą obcą jednostką która zakłóca spokój, jest odrębna i dzika w swoim majestacie, nie pasująca do otoczenia. Po chwili pojawia się kolejny odgłos kolejnego kroku szurania, ciągnięcia. Siedzący w krzakach wypatruje, wsłuchuje się w odgłosy, odlicza, serce mu przyspiesza, tętno zaczyna buzować we krwi, pozwalając by ciśnienie skoczyło gwałtownie, czuje krew, posmak, ten jak dobrze mu znany, metaliczny, słony, czeka, coraz bardziej nie mogący powstrzymać swoich rządz, chuci która trzymała go w ryzach tak długo, za długo. Ile można żreć te drobne ptaki, krety, myszy...pragnienie zdobycia czegoś więcej stało się wyzwaniem, pożądaniem samo w sobie....obsesją. A tutaj miał pole do popisu... Czuł że jest blisko, że prawie na wyciągnięcie ręki, kroi się coś grubszego, jeszcze nie widział, ale czuł, zapach krwi, słodkiej, lepkiej, smród i wilgoć, siedział skryty na skraju chaty do której zbliżało się dwóch a może i trzech osobników i ktoś kogo ciągnęli ze sobą...ale liczył się czas, bo zmierzch dnia chylił się ku końcowi, dla niego to pestka, brawurowo przemieszczał się pomiędzy szuwarami, dla tych trzech to pułapka w którą pakowali się bezwiednie niczym ślepi uciekający przed nicością...kiedy trzech dryblasów zbliżało się ku chacie, on wyostrzył zmysł wzroku jakby przestawił swoje zwoje na pole widzenia, kiedy ci wkraczali na terytorium chaty, skoblem otwierając drzwi, wciągając zakrwawionego osobnika, ten jakby dostał mocy nieziemskiej, zaparł się rękoma, z całych sił złapał się porastającej gęstej i wysokiej trawy i ruszył w natarciu na chatę, gdzie po paru minutach było słychać z wnętrza wydobywające się krzyki, łomot zaistniałej walki, warkot, rzężenie, skowyt który słabł i narastał, po kilkunastu minutach wszystko ucichło, tylko gromada wron uleciała wysoko ponad konary drzew, wystraszona by przysiąść na najbliższym drzewie stając się świadkiem rzezi z której tylko dwóch uszło z życiem...

W panice pokonywał drogę prowadzącą donikąd, nie oznaczoną, pooraną zbutwiałymi konarami które dawno temu spadły dając schronienie gryzoniom, owadom i temu co żyło w leśnej ściółce. Potykając się biegł nie czując jak gałęzie ranią jego twarz, jak ręce ma zakrwawione, jak oddycha głęboko, wpuszczając tlen do płuc i go uwalniając, sprawiając ból mięśniom, pędził przed siebie, na oślep, nie myśląc, bez strategii gdzie północ, gdzie południe byle dalej, byle szybciej opuszczając miejsce nie tyle zbrodni, pragnąc ukryć się w bezpiecznym miejscu, przeczekać, nie wiedząc co go może spotkać, jakie niebezpieczeństwa go czekają w ciemną Bieszczadzką noc, jakby sam na końcu świata i z tym czymś co rzuciło się na nich...

Jakże był spragniony, jakże długo czekał tej chwili chwały, jakże było warto czekać i uzbroić się w cierpliwość by dożyć tego momentu, który go niemal ozłocił, był jak strzelona szóstka w totolotka, jak nagroda za tyle miesięcy a może i lat życia w zapomnieniu, w odosobnieniu, ale gdzieś usłyszał że pokorne cielę dwie matki ssie, matki nie pamiętał ale cielaki i owszem...zakrwawiony i szczęśliwy, jakby doznał wszelkiego błogosławieństwa, opuścił chatę pozostawiając sobie samym truchła dla tych co mieli przekroczyć próg. Nigdy nie był samolubem, lubił się dzielić, zostawiać coś po sobie, mikrą strukturę swojego jestestwa. Nikt i tak tego nie doceniał, zważywszy że rzadko w te rejony zaglądali ludzie, a jeśli już trafili, to musiała być ich wina i pomyłka. To jego kraina, jego świat, ziemia, drzewa, zwierzęta i ptaki, to on był królem, to on tutaj rządził, wydawał polecenia, to on kierował swoimi zasadami. Ten który zbiegł, zostawiał ślady, zapach, był ofiarą a ten co puścił się w pogoń był jak pies tropiący. Dzielił ich czas, minuty, a jednak miał przewagę...z tą różnicą że jego krew pozostawiona na krzakach stała się drogowskazem...Przyspieszył, dysząc, jak wilk, zaczął pokonywać drogę którą uciekinierowi wydawało się że uszedł z życiem, że już nikt go nie znajdzie, ciemność zrobiła się straszna i to pohukiwanie sowy gdzieś nad głową, skrył się pod leżącym drzewem, usypał na siebie liście, ziemie, położył głowę na ziemię i czuł jak to co żyje pod ziemią wypełza i skrada się na niego, włażąc pod koszulkę, gulgocząc, szczypiąc, gryząc, mrówki? te żyjątka miały misję, widziały jego jako mięso, strawę na zbliżającą się zimę, jakby wyczekiwało że już druga taka szansa się nie powtórzy. Wyskoczył jak oparzony, trzepiąc się robił w koło siebie rejwach, klnąc pod nosem miał za nic że zbliża się prawdziwe niebezpieczeństwo, że to co dzieje na jego ciele jest niczym z tym co stanie się z jego ciałem i duszą kiedy nie ruszy dalej, tylko co mogło go ograniczać? głucha, ciemna noc, bez gwiazd i księżyca, z mgłą i strachem który śmierdział śmiercią, czymkolwiek ta była. 

Zbliżał się po cichu, nie musiał bo widział że ten się szarpie, skacze, klnie, wierzga nogami, rękoma jakby walczył z cieniami, duchami, które go zaatakowały, ta walka patrząc z boku była polem do obserwowania ludzkiej gry, walki, szala i tak była przeciągnięta na jego stronę ale dawała mu pewną satysfakcję, nigdy nie oglądał tak kiczowatego dramatu, śmiać mu się chciało chociaż sam nie wiedział czym jest ów śmiech o radości nie wspominając, zawsze poważny, czujny, stojący na straży bezpieczeństwa, obserwował niemą mimikę człowieka dla którego parę kęsów owadów była walką niemal na śmierć i życie zapominając co stało się chwilę przedtem, z czym walczył i z jaką potęgą miał do czynienia małe wątłe robaczki o mikroskopijnym uzębieniu skupiło uwagę, zabierając mu czas na ucieczkę, obronę, ewakuację, wydały go, wystawiły jak na talerzu, a teraz nadchodził król dziczy i pokaże temu robactwu kto tu rządzi...W tej ciemności nie potrafił określić swojego położenia, gdzie był, gdzie się znajduje, panika i histeria nie były dobrym doradcą, zaczął poruszać się niezgrabnie, jak spity człowiek na gigancie, na oślep, krok za krokiem, robiąc szum i kakofonię w koło siebie, przybliżał się do tego co mu znane, co z zamkniętymi oczami przemierzał noc wzdłuż i wszerz, nie bojąc się kąsających żmij, zwierząt, dzikości, był u siebie, więc pozwalał na jego niefortunne potyczki które go bawiły, a jednocześnie wiedział że za chwilę zmęczą go, wyprują z sił, że opadnie w nim ta adrenalina, że i tak nie ucieknie z tej pułapki w którą sam się zapędził jak w kozi róg.

Dyszał w oczekiwaniu jakby tamtych dwóch było tylko próbą generalną na efekt końcowy, brakowało w tej ferajnie ciemności gwiazd i księżyca bo czuł w żyłach , w tej adrenalinie, endorfinach jaka krążyła mu w żyłach że to co robi jest jak na swój sposób chore, zakazane, ale piękne, że w tej chwili, w tym momencie wyzwolił z siebie największą energię i magię jaką pragnie oddać światu, tej właśnie dziczy która przyjęła go jak swojego, pragnął podziękować za sumienność, za wytrwałość, za życie, pokarm, wodę, za ochronę, a on postanowił chronić spokoju tego miejsca i chaty która od zarania dziejów i pokoleń skrywała wiele pokoleń tajemnic. 

Kiedy kroczył przed siebie w czarną noc, modlił się do Boga do którego nigdy wcześniej się nie modlił, uważał że skoro nie widzi, nie czuje, to wiara ta jest wymysłem ludzkiej głupoty, nie podparta dowodami, nie namacalna, spisana na kolanie przez heretyków, tych co przez tworzenie świętych słów pragnęli rządzy posiadania władzy nad mniejszością, zabobonni poganie, wierzący w gusła, oddający cześć i chwałę temu co w istnienie wątpił. Wierzył w pracę rąk, w siłę rozumu, mądrość która uczyła i doświadczała, w błędy które były lekcją pokory, potknięcia które prostowały wszystkie niedogodności. gdyby wierzył w prawo Boże kim by dzisiaj był? strachliwym człowieczkiem, obawiającym się własnego cienia, myśli, uczynku, na cóż takie prostackie życie, on od zawsze był człowiekiem lasu, wrósł w tą ziemię, w zapach, w odgłosy, w zachody i zachody słońca, stał się całością, trzeba było kilku par oczu i uszów by oddzielić jego kroki od stada watahy wilków, lisów, niedźwiedzi, radził sobie świetnie, tylko miał wadę...jakby zły Leszy go nawiedzał, pakował w niego swoją magię, słowa, które stawały się realne tylko dla niego, odpowiadała jego dusza, nieograniczone pragnienie bytu, bycia panem tu i teraz, każdy kto naruszył zasady wkradając się z zamiarem złym, ginął. Zabierał to co uważał za jego, za sprawiedliwe uzyskanie kary, wymierzał ją, karmiąc się tym co rzuciło mu życie, ta chwila była wielka, więc trwał na stanowisku gotowy do działania, a moment nastał. Kiedy ten zmęczony przystanął złapawszy się uprzednio drzewa próbując zaczerpnąć oddechu, tamten tylko czekał by wyskoczyć i zatopić swoje kły w jego szyi, wgłębić się w tętnicę rozrywając ją na strzępy, napajać się do syta, jakby bojąc się że znowu zostanie sam bez trunku i pożywienia, szkoda tylko że takie chwile zdarzały się raz na ruski rok, więc korzystał z tej ostatniej, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro. Ten walczył, machał rękoma, próbował go odciągnąć, charczał, kopał, drapał, jeszcze bardziej on ścisnął jego nadgarstki by nie wypuścić, jeszcze chwila, jeszcze moment i przestanie tej heroicznej walki,  mrucząc wbijał się kłami głębiej, zabierając powietrze, zatykając krtań, dusząc tamtego pozbywając go tlenu, patrzył w jego oczy które najpierw wybałuszyły się do granic wytrzymałości, jakby ciśnienie miało je rozsadzić a potem widział że zachodzą mgłą, pomimo ciemności czuł tamtego strach, poddanie, odlot który o Eureko! było wybawieniem w tym bólu, w bezradności, jego bezsilność była magią dla jego czci ku chwale bytu, bo tu i teraz było i stało się nagrodą za tyle lat posuchy, posługi za ochronę tej ziemi, nagroda musiała nadejść i nadeszła. A potem nastała w tym kląskaniu, mlaskaniu, cisza...odszedł pokornie pozostawiając ciało temu co miało nadejść. 

Poranek nastał mglisty, zaspany, jakby obudzony po kacu, niby wszystko było takie jak zawsze, na swoim miejscu, pozostawione lasom, zwierzętom i coraz niższej temperaturze. Ptaki trelowały o pół tony ciszej jakby w obawie że zbudzą demona, liście szumiały niewinnie, a drzwi chaty wręcz zapraszały zwiedzających do środka. Nikt nie przyszedł oprócz kilka much które obsiadły nieproszonych gości, potem zleciały się te bardziej ponętne, zielone, głośno brzęczące i skąd nagle obecność os? Chata stała się ulem, zbiegowiskiem zwierzaków, gryzoni, wilków, lisów walczących między sobą o kawałek strawy, a on siedział na skraju jak w tedy w tych chaszczach, krzakach tak gęstych że trudno było się przebić, dostać, wejść a on tkwił na straży obserwując walkę, mniejszych z większymi, mając satysfakcję że i im ratuje życie, śmierć ich ominie, na chwilę ale mają szansę przetrwać zimę i on o to się postara. Jedna tylko myśl nie dawała mu spokoju, kim są ci co zrobili to co zrobili, dlaczego nikt ich nie szuka, uczta byłaby bogatsza o kilka trucheł, a tak? może już nigdy nie dozna tej euforii, endorfin, szybszego bicia serca...

Najgorszy z momentów jego bytu była nie zima która nadciągała, ale brak świeżej krwi, czerpał ją z upolowanych zwierząt, ale nigdy nie był zaspokojony, nie świadom dokonanych czynów uważał że sprawiedliwość wymierza karę tym co sobie na nią zasłużyli, ci którzy trafiali pod dach chaty podczas ulewy, lawiny śnieżnej byli chronieni, bezpieczni, nawet na nich nie spojrzał, ale kiedy wkradali się tacy co mieli zamiar ukryć coś pod kopułą tajemnicy, nie zgodnie z wszelkimi paragrafami, ginęli bez wieści. Policja rzadko się tu pojawiała, a nawet nigdy nie znaleźli żadnych śladów osób poszukiwanych, zaginionych. Jakby chata czyściła się sama ze śladów, wszelkie poszlaki, śledztwa kończyły się na niczym, urywał je trop, zapach, całość pozostawała nie zmieniona. A on dbał o spokój głuszy, o to by nikt i nic jej nie niepokoił. Psy tropiące z daleka wyczuwały coś co dla człowieka było nie zrozumiałe, ich strach, najeżona sierść, niepewność, nieskoordynowane ruchy, obawa, sami policjanci zbici z tropu przypisywali ten stan jako brak tropu i zawsze kończyło się spisaniem protokołu jakoby brakiem domniemanych śladów, brak oznak zapachu, jakby tutaj dzieliła je jakaś magiczna bariera ochronna. A on zawsze był przyczajony, czujny, śledził, obserwował, tak blisko, tak daleko. Gdyby tylko wiedzieli, gdyby tylko byli świadomi, a przecież nie ma zbrodni doskonałej, czy aby na pewno? ziemia wszystko wciągnie, przykryje, zakopie...gorzej zimą...gdy gleba jest jak skała, nie do ruszenia, jeszcze gdy pełno liści i igliwia, gdy zanim śnieg przykryje, gdy można wszystko...potem nastaje marazm, jakby wszystko się chowa i próbuje przeczekać, byle do wiosny. Zima jest długa, dzień niby krótki a jednak ciągnie się w nieskończoność i ta chata...ale do chaty nie zachodzi, nie rozgrzewa go wrzucając szczapy do kominka z obawy że dym go wyda, pojawią się wścibscy, ciekawscy, więc stał na jej straży chowając się w skleconej przez siebie ziemiance z której wystawał mały otwór kominkowy wypuszczając ledwo widoczny dym. Tam pod ziemią miał ciepło, posłanie sklecone z liści, szmat i znalezionego gdzieś na polanie koca, aby rozświetlić wnętrze brał plaster miodu, kawałek sznurka wtapiał w całość i podpalał co dawało jako taką poświatę na ciemne długie wieczory, czasem słyszał jak zakradają się dziki, inne zwierzyna ale wystarczył jego jedno warknięcie by dzicz odeszła w gęstwinę szukając innego schronienia. Czuł że ma wszystko, niebo nad sobą, ziemię pod sobą, był panem swojego życia, dlaczego taki się stał, dziki człowiek na pustkowiu, czy to była jego decyzja, czy życie za nie go dokonało tego właśnie wyboru? nie miał wyjścia, nie potrafił o siebie zawalczyć, czy posiadał imię? czy ktoś w ogóle wiedział że w gęstwinie dzikiej, nieujarzmionej ziemi Bieszczadzkiej żyje człowiek bezimienny? czy ktoś kiedyś go szukał, miał rodzinę? skąd przyszedł, co planował?


Życie toczyło się dalej, swoim torem, zbiegiem lat miejsce zbrodni przykryły mgły tajemnic, chowając człowieka który wiele miał na sumieniu. W tej swojej dzikości stał się sprawiedliwym w śród zbrodniarzy, wymierzał kary, sam stał na straży nie świadom swych poczynań. A miejsce to osnute zagadką nadal łączyła przyroda, warunki atmosferyczne, chata która niby waląca się chałupa, wrośnięta w ziemię mistycznych Bieszczad stała się nierozerwalnym krajobrazem, jak skała, mocna, silna, niezniszczalna. Człowiek Gór, Bieszczad, dziki, chory, mądry, żył na uboczu światów jakby równoległych, nierealny, wymyślony, a jednak...legenda głosi że nadal idąc w rejony, zagłębiając się w dzikość natury można wyczuć zmienność klimatu, jakby nagle przesłoniło słońce mgła, jakby zapach się zmieniał, czując powiew siarki, strachu, te wszystkie drzewa które pięknem wzbudzały podziw, tutaj zmieniały się w demony. Każdy przecież może przyjechać i sprawdzić. Na własnej skórze, przede wszystkim.

Komentarze

Popularne posty