Dotarliśmy do wakacji, świadectwo z paskiem i bez, socjal media zaatakował wirus rywalizacji, chwalenia się osiągnięciami swoich pociech, jakby posty chciały bardziej krzyczeć: ; zobacz jakie moje dziecko jest mądre, ambitne ;, owszem przeglądając choćby Facebooka zdążyłam zauważyć że Koniec Roku Szkolnego to nie tylko świadome porzucenie plecaka na rzecz zdobycia wolności na dwa miesiące, otrzymania cenzurki i zaproszenia na kolejny rok do wyższej klasy, jakby zdobywali level, kolejny rok kucia, zapamiętywania i zapominania...Owszem, to bardzo budujące, nas matki, rodziców, ogólnie rodziny kiedy możemy pochwalić się przed innymi osiągnięciami naszego szkraba, pokazania ile musiał napocić się i porozpychać łokciami by stanąć na podium, został nagrodzony za trudy, poty, łzy, chwilę które stanął z tym ów świadectwem by za dwa miesiące wpaść w koleiny tych samych umartwień. Ale póki co, plecak rozkłada sie w śród starych, zniszczonych zeszytów, poplamionych ćwiczeń i rozkładanych kanapek. To już nie istniejąca bomba biologiczna, ale laboratorium bakteriologii. Pamiętam jak córka w pierwszych porywach wakacyjnych, zostawiła swój pierwszy, piękny i różowy plecak za drzwiami pokoju. Owszem coś śmierdziało, coś zdechło śmiercią nie koniecznie naturalną, ale kiedy doszłam ( a raczej mój węch ), do skupiska fermentu, omal się nie przewróciłam. A w plecaku schowanym szczelnie za drzwiami, odbywała się narada bakterii złożonych z tych odrzywczych i zepsutych. Nie wiem kto z kanapki wygrał batalię, ale została szybko usunięta. A przecież nie dalej jak sama będąc dzieckiem, małą dziewczynką, upychałam swoje bułeczki, jabłuszka po kątach. Na pytanie mamy: ; Zjadłaś w szkole śniadanie? ; odpowiadałam wesoło i szczerze ( że też nie kurzyło mi się z nosa ), ; Tak mamusiu, było pyszne ;. Potem, kiedy smród wypełzał na korytarz z mojego pokoju, czułam się zdradzona przez te bułeczki, jabłuszka, kanapeczki i wiele by wymieniać. Miałam żal do nich, że ja tu się trudziłam patrząc mateczce głęboko w oczy, kłamiąc jak z nut, a te mi tu w podzięce smrodem między oczy...I weź tu wytłumacz swój cel i zamiar. Ale wakacje to czas leniuchowania, już na wstępie młody obwieścił, że po trudach i znoju roku szkolnego, zasłużył na ; nicnierobienie ;, oczami wyobraźni zobaczyłam go jak obrasta w bluszcz, jak leń wstępuje na jego lico, jak dostaje zaniku mięśni i komórek mózgowych, jak jego kciuk wydłuża się jak nos Pinokia, jak umiera z głodu, brudu, odwodnienia, jak pająki wciągają go w ostateczności za obraz, tego samego którego namalowałam. I jeszcze gdzieś echem odbijały się dzwony ( nie mylić z anielskimi ), w śród których głos chórku podśpiewywał w takt melodii : ; W życiu i na ziemi udział wziął.; Ale poważnie, wróćmy na ziemię, Ziemię - naszą planetę - lekko obłąkaną od planowania. Bo skoro wakacje, to trzeba gdzieś, coś zrobić, leniuchować w rytm pieszych wycieczek, zdobywania szczytów, w pław udać się ku morzu, a może morze przypłynie do nas, by zamoczyć choćby najmniejszy paluszek u nogi i nie umrzeć na sinice. Młodego spakowaliśmy ( ok, sam to zrobił ), i wyruszył zdobywać świat gospodarstwa rolnego u cioci - babci. Ok, taka forma wypoczynku w śród zwierząt i gnoju, jak najbardziej może każdemu wyjść na zdrowie. Zobaczy co to obowiązek, posiadanie zwierząt to nie tylko obserwacja z nosem przyklejonym do szyby akwarium. Ale przede wszystkim ciężka praca, bo gnój spod klaczy Baśki sam się nie wyniesie, jak ogarnąć jajka w kurniku, czy napoić kaczki, o reszcie nie wspomnę bo każdy wie o co chodzi. Tu nie wystarczą dobre chęci ( te zazwyczaj są dobrze wybrukowane w piekle ), trzeba ruszyć mięśniami i tak każdego dnia. Ale potem jakie są efekty? albo wdzięcznościowe, albo kulinarne. Ale pojechał, jeszcze przez chwilę, momencik malutki łudziłam się że zadzwoni, że skróci pobyt u cioci - babci, a tutaj cisza w eterze. Piszę i się wywnętrzniam, tym samym próbując zmusić go do konwersacji. Odpowiedzi otrzymywałam, albo krótkie ok, tak, nie, dobra, lub zmilczeniem. Na te krótkie odpowiedzi musiałam sobie i zasłużyć i poczekać kilka godzin aż syn weźmie telefon w rękę. Niby fajnie że nie musi z niej tak często korzystać wiedząc jak dzisiaj jest to skomplikowane, ale skoro matka pisze, dzwoni, to niech do cholery odbierze! Nie wiem jak moje pokolenie i rodziców dało radę na telefonie stacjonarnym, a jeszcze dodając do tego oczekiwanie na międzymiastową, nie raz i nie dwa woleliśmy napisać w liście, co nas boli, ząb, swędzi, bąble po komarach, czy rozdarte kolana, w tak w jednym liście posłałam z biwaku pretensje do mamy.
; Kochana mamo! Kochany tato!
Piszę do Was list, bo nie wiem czy biegle czytacie. ( Tutaj dostałam w swoim czasie ścierką przez głowę ), w miejscu gdzie jesteśmy rozłożeni namiotami, jest staw i pełno w nim pijawek, w nocy dręczą nas komary, nie podoba mi się tutaj bo zupy są nie dobre, a pani wychowawczyni do bani. Śpimy na łózkach polowych, a Seba ciągle puszcza bąki, rzygać mi się chce od tego wszystkiego. Anka wczoraj zachorowała, pani powiedziała że dostała apopleksji, nie wiem co to za choroba, ale się jej wystraszyłam. Wszystkie unikamy Anki. Biedna dziewczyna. Odliczam dni kiedy po mnie przyjedziecie, nie wyobrażam sobie wracać z tą bandą debili. Z poważaniem kochająca córka.;
Nie dziwcie się że dostałam prawie w ciery, prawie, bo słowne, a słowa często potrafią bardziej ranić niż przysłowiowy klaps. Potem jeździliśmy z rodzicami i rodziną wspólnie na biwaki, bywało nudnie, wesoło, słonecznie, deszczowo, z komarami i bez, ale na biwak już nie pojechałam z klasą. Takie biwaki potrafią być i pouczające ( zwłaszcza w nauce bogatego słownictwa polskiego), uczą samodzielności, odpowiedzialności, mama stwierdziła że nie będzie ryzykować.
Wiadomo że świadectwo z czerwonym paskiem to zaszczyt dla ucznia za jego ciężką roczną pracę, został podsumowany, oceniony i wystawiony na publiczne oklaski. To jego czas i nagroda, rozumiem doskonale jego uczucia, wzniosłe, pochlebne, ale rodzicom ciut jakby odbija na tym punkcie. Bo jak widzę to już nie jest miłe i przyjemne zobaczyć dzieci tychże rodziców ubranych na biało czarno, ale przechwałkom nie ma końca, rywalizacja trwa w najlepsze, podcinanie skrzydeł tym rodzicom co nie otrzymają nagrody do rąk dziecka za zasługę, a nie raz właśnie poświęcenie , łzy, poty, rezygnację z zabawy na rzecz kolejnych korepetycji, zajęć, lekcji. Czy pchamy te dzieci bo pragniemy faktycznie dla nich dobrej przyszłosci, czy wymuszamy od nich to czego sami nie potrafiliśmy zrobić, nasze ambicje, chore i nieuleczalne, nie chowamy jak powinniśmy do szafy i na sam dół, ale wyciągamy je na zewnątrz z tym ; ja w twoim wieku, to...;, dlaczego nie jesteśmy w innym , wymarzonym miejscu a zmuszamy za wszelką cenę nasze dziecko, które z czasem się zniechęci, a tym samym ma poczucie podcinania skrzydeł. Widząc cenzurkę mojego syna i tak poczułam wielką dumę, bo wiem ile kosztowały go te oceny końcowe, ale czy to daje gwarancje na bycie tym KIMŚ? Co los przyniesie, zobaczymy. Ale póki co - wspierajmy, nie niszczmy marzeń tych małych ludzi. Zdążą się spocić.

Komentarze
Prześlij komentarz