Nadzieja.

 

                                         fot. własna. 

Miejskie Centrum Medyczne im. dr. Karola Jonschera - Łódź


 Usłyszałam nie dawno od znajomej : ; Jak bym miała pieniądze to mogłabym góry przenosić, ; niby tak, bo kiedy masz mnóstwo pieniędzy i ich nie liczysz, uważasz że możesz dużo i wiele więcej, nic cię nie ogranicza, spełniasz się na każdej płaszczyźnie, daje ci to poczucie komfortu, jak najbardziej ta myśl jest uprzywilejowana, też się czasem z nią zgadzam, ale kiedy ; siadło ; mi zdrowie zdałam sobie sprawę że pewnych rzeczy nie kupimy za nie wiadomo jaką cenę bo ceny ów towar nie posiada. Dziś patrząc z perspektywy czasu na swoje życie i je kalkulując, odnoszę wrażenie że ci co są zdrowi powinni uważać się za milionerów, ba! bilionerów. Jakie to cudowne uczucie budzić się i czujesz że nic cię nie boli, nie biegasz po lekarzach, nie szukasz diagnozy po szpitalach, nie tracisz pieniędzy na wizyty, nie zostawiasz kolosalnych sum w aptece, patrzysz w przyszłość z optymizmem, bez zastanawiania się co to jutro się wydarzy, co będzie to się stanie. Ale kiedy zaczynasz drążyć temat wokół swojego stanu zdrowia, kiedy okazuje się że choroba w cale nie minie po przyjmowaniu odpowiednich leków, że badania wykonane na cito to dopiero początek góry lodowej, oddałabyś wszystko za spokój ciała i ducha, za swobodę i normalność, za brak smutnych myśli, wyobcowania czy wykluczenia. Założyłam rękawice i walczę, przynajmniej zaczęłam a to już coś, to zawsze krok ku uzdrowieniu bo ja nigdy już nie będę zdrowa ale przynajmniej wiem jakiego to byka za rogi wzięłam i z czym się mierzę. Wizyta w szpitalu popchnięta bardziej profesjonalną kliniką która nie patrząc na nazewnictwo, skopała mnie od środka, spuchłam od trzewi po koniuszek włosa, wymęczyli, opukali, osłuchali, nakłuli, przebadali, wypuścili, czekam teraz na werdykt, czas i cierpliwość nigdy nie był moją mocną stroną. Teraz muszę nauczyć się czekać jak w książce Beaty Pawlikowskiej ; Blondynka na Wyspie Zakochanych

- Espera.

Można to przetłumaczyć jako:

- Czekaj.

Ale równie dobrze może to znaczyć: 

- Miej nadzieję!

To ją mam, wiarę też. Bądź silna, dasz radę, nawet kiedy boli, rwie, kiedy bezradność jak ciemne chmury wkradają się do duszy i wlewają kleistą maź jadu, podsycaną niepewnością, a ta się śmieje z mojego braku obrony. Z kim mam walczyć, jakie działa wytaczać, przeciwko komu, czemu? Lekarze snują wzrokiem po literach małych i skocznych jak oczka profesora, duma, myśli, kręci wąsem, ukradkiem jakby szukał pomocy, zdań, czai się, on wie - myślę - on już wie, ale wali we mnie nazewnictwem pustym i nic nie znaczącym, jakby głuchy miał usłyszeć nagle najcudowniejszą muzykę świata, jakbym miała pojąć wszystkie epitafia i skróty od których bledną uszy, jakbym miała przetłumaczyć sobie obce nazwy, słowa, stać się przeto mądrzejsza. On wie swoje wiec wie, ze mój rekonesans i pobyt dobiega końca i on już nic nie zrobi bo jego rola się skończyła, mojego obrońcy i bohatera. Muszę czekać i mieć nadzieje, to ją wpajam, hoduję, zapuszczam jej korzenie by mnie nie opuściła w chwilach zwątpienia, a może ona nadejdzie szybciej jak później. W takich momentach kolejna znajoma rzuciła w bezkres:

- Dlaczego ja?

No właśnie, dlaczego w takich kiepskich życiowych zakrętach los rzuca nas na pożarcie wilka, lisa, kuny, nie Jolkę z pod trzynastki, albo tego piegowatego Piotrka, tylko ją, mnie, dlaczego nas życie doświadcza w tak trudny sposób, sprawdza nas, każe? a jeśli to kara to niech ktoś wskaże za jakie przewiny, to naprawię, ukorzę się, będę biła się w piersi, postanowię poprawę, obiecuję, tylko ściągnij o zły losie te kajdany. A tak po prawdzie jest, że nie mamy wpływu na nasze życie, zdrowie. Bo co z tego ; że jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz; możesz chuchać, dmuchać na siebie, wsadzić w kokon, klosz, a jak masz zachorować to nic cię nie obroni, żadna siła wyższa, chociaż czasami cuda się zdarzają. W każdej z takiej sytuacji człowiek woła nie tylko o pomstę do nieba, ale przeważa strach, że jak trwoga to do Boga, niech nas chroni, taka jego wola, praca i odpowiedzialność za nas. Lecimy do kościoła jak do apteki, prosimy o usilne uzdrowienie siebie, bliskich, przypominamy sobie paciorki które na szybko klepiemy z przejęciem, jakbyśmy chcieli zaczarować i odczarować, czepiamy się każdej nadziei jak tonący brzytwy. Zapominamy o tym docenianiu siebie, zdrowia, życia na co dzień. A potem szukamy winnych w innych. Tylko nie ja! To nie moja wina! To był błąd, jego błąd, nie mój! Ciężko jest zaakceptować wszelkie zmiany w sobie, jakie zachodzą i jakie muszę dokonać. Wiem że czeka mnie praca i wielki wysiłek o uzdrowienie, ale największy będzie w głowie. Pamiętam jak wprowadzaliśmy się do nowego mieszkania, wszystko kompletowaliśmy, planowaliśmy, to nie było zwykłe kreślenie palcem po wodzie w naszej wyobraźni, ale fizyczne planowanie gdzie co ma być, stać, ziściło się, wspólnymi siłami weszliśmy w nasz dom wrastając w niego ze wszystkimi przedmiotami potrzebnymi i tymi mniej. Dziś widzę ile już uzbierałam duperelek, pierdolitków, kubeczków, miseczek, klamotków, bo zawsze to jak mawiał dziadek : ; chłopu na wsi wszystko się przyda, ; z taką nadzieją te rzeczy czekają na swoją drugą szansę i życie. Ale co innego jest przeprowadzać remont i musisz zdecydować co teraz masz wziąć, a co zostawić, odrzucić. W moim przypadku nie mam wyjścia, muszę walczyć o siebie jak o ostatnią deskę ratunku, bo tylko takie zdrowie mi zostało, jakie posiadam i nie będę mieć innego. Może w ładnie w takich chwilach człowiek kiedy dochodzi do bandy, dostrzega pewne różnice, co stracił, co zyskał, analiza jest zawsze pochyła na jedną stronę. Dostrzegam kontury porównawcze, co było kiedyś, nie dawno, a dziś. Zakasałam rękawy, dałam się ubezwłasnowolnić życiu, ponieść na tratwie własnego los, nurtu, nie będę walczyła z wiatrakami, opłakiwała siebie, litowała się nad sobą i współczuła. Wdrążyłam leki, słucham siebie, lekarzy, oni słuchają, patrzą, wklepują, spijam płyny które mi podsuwają, rozpychają mnie od środka, załamują mnie, odlatuję pod kolejną narkozą po to by wiedzieć, bo nie wiedza jest tak samo bolesna jak wiedza. Jakże się cieszę że wiem na czym stoję, że nie zaskoczy mnie już nic bardziej niż przekonanie że ze strachu jakoś obejdę system, może o mnie zapomni, obejdzie szerokim łukiem, guzik z pętelką, w tedy sama nad własnym grobem pochylisz głowę i zapłaczesz że tak późno poszłaś po rozum do głowy, ze strachu, z lęku. Odważnie stawiam kroki, bez paniki, nie szarpie się, nie rwie włosów z głowy, łykam paskudztwa i pilnuję diety. Tęsknie za pracą, za normalnością, za ludźmi których kocham, szanuję, lubię, za tymi promykami słońca które tańczą mi na nosie, za wiatrem ciepłym i letnim, chociaż październik i czego się spodziewałam? Teraz patrzę za okno i widzę jak liście lecą z drzew dopiero był sierpień i gdzie te opuszczone miesiące? kto mnie okradł z tylu dni i marzeń? gdzie ja byłam, co robiłam? Nie dajmy się nabijać w butelkę, karmić nie wiedzą, udawać że nic nam nie jest, walczyć ze sobą, czasem warto odpuścić, wsłuchać się w siebie, zbadać się, jak to w październiku, idź i zbadaj se cycki byś potem nie płakała, żałowała. Nawet jak znajdziesz guzka nie oznacza końca tej zabawy na tym padole. Bo kto jak nie my.! Z wszelkimi powinszowaniami ja i moje obolałe jelita. :)


                                         fot. własna

PS. Łódź to naprawdę ponętne miasto. 



Komentarze

Popularne posty